Attempt at writting stories.

W pociągu siedział mężczyzna. Z wyglądu, na oko, miał ponad 40 lat. Wyraz twarzy miał lekko ostry, jakby przeszedł niemało złego w swoim życiu. Widać było, że jest znużony podróżą. patrzył w okno na przebiegające krajobrazy, ale można było też dostrzec, że myśli o czymś głęboko.

Pociąg zatrzymał się na stacji. Część ludzi wysiadło pospiesznie z przedziału. Na ich miejsce weszła matka wraz z małą córeczką. Usiadły na wyznaczonych miejscach. Pociąg ruszył. Dziewczynka od razu zaczęła się nudzić. Usiadło przy oknie na przeciwko mężczyzny. Zaczęło wpatrywać się na lasy, pola, łąki. Było lato, więć można stwierdzić, że dziewczyny wybrały się na wakacje. To była ich podróż powrotna lub do upragnionego celu.

Minuty mijały, podróż stawała się coraz bardziej monotonna. Za oknem już od chwili można było dostrzec tylko las. Mała dziewczynka ziewała ze znudzenia. Aż w pewnym momencie jej wzrok przykłuło przebiegające stado saren. Było ich kilka, skakały szybko, lecz krótki ich widok i tak zachwycił dziewczynkę.

Mężczyzna uśmiechnął się widząć uśmiechniętą buzię dziecka. Przypomniało mu to o jego córeczce. Lecz z razu posmutniał, bo wiedział, że nie może jej odzyskać, że nie dostanie opieki nad nią. Lisa będzie mieszkać ze swoją matką, byłą żoną Marka.

Wracał właśnie ze spotkanie z dwoma, niegdyś, kobietami jego życia. Próbował przekonać Annie, że jest odpowiadzialny i potrafi zaopiekować się córeczką, jego oczkiem w głowie. Niestety do jego byłej żony nie trafiały żadne argumenty.

Zasmucił się. Czuł się bezradny. Próbował poradzić sobie z tą sytuacją na wiele sposobów. Jednak żaden nie był dobry, żaden nie zbliżał go do córki.

Jak to się stało, że jego szczęśliwe małżeństwo z najmądrzejszą i najpiękniejszą kobietą na świecie runęło niczym domek z kart? Kiedyś czuł, że wygrał los na loterii, a teraz bardziej uważał, że spotkało go najgorsze z możliwych. Bo w ilu małżeństwach powodem rozwodu jest romans z najlepszym przyjacielem męża? Dlaczego to musiało się trafić właśnie jemu? Czy naprawdę jest takim złym człowiekiem, że został tą sytuacją „nagrodzony”?

Niestety nie znał odpowiedzi na te pytania, ale obiecał sobie, że zrobi wszystko żeby znaleźć odpowiedź.

Heartbreak

Zastanawia mnie jak to jest mieć wyrywane serce…

Czy to cały czas boli? Czy w pewnym momencie, gdy zostaną wyrwane nerwy oplatające serce, przestaje się cokolwiek czuć? Przestaje się czuć własne serce? Czy już w tym momencie umierasz? Czy przed śmiercią zdążysz zobaczyć jak ten organ wygląda?

Z biologicznego punktu widzenia pojawia się mnóstwo pytań o wyrywanie serca. Jednakże według mnie bardziej boli wyrywanie serca w sensie emocjonalnym.

Chyba każdy kto kiedykolwiek był zakochany poznał to uczucie. Nawet ludzie szczęśliwie zakochani mogli odczuć na sobie to metaforyczne wyrywanie serca.

Piszę o tym, bo oczywiście poznałam to uczucie. I to nie raz, nie dwa. Sądzę, że im jest człowiek starszy, tym bardziej to odczuwa. Myślę, że dzieje się tak z powodu dojrzałości emocjonalnej. Rozwijając się, bardziej zauważamy swoje emocje, uczymy się je rozpoznawać i panować nad nimi. Dodatkowo możemy też stać się oziębli emocjonalnie oraz tłumić emocje w sobie. Można też nie dopuszczać do siebie praktycznie żadnych emocji, impulsów uczuciowych.

Kiedy jesteśmy wrażliwi emocjonalnie, wtedy prościej o złamane serce, bo wtedy odkrywa się uczucia przed kimś. Tworzy się tzw. „więź emocjonalna”, swoiste niewidzialne połączenie pomiędzy dwoma osobami. I właśnie drastyczne, nagłe, niespodziewane zerwanie tej więzi możemy określić wyrwaniem serca (czy też może zlamaniem).

Pierwszy raz coś takiego poczułam jako szesnastolatka. Była to pierwsza poważna licealna miłość. Od pierwszej rozmowy mnie zauroczył. Z każdym dniem uczucie było silniejsze, zauroczenie zamienialo się w zakochanie, a potem w miłość. Moja nieśmiałość nie pozwalała mi wykonać pierwszego kroku. Zatem czekałam na ruch z jego strony. Niestety, mijały miesiące i nic się nie wydarzyło. Myślę nawet ze zaczęła się między nami rodzić przyjaźń, bardzo ważny fundament związku. Cały ten okres czasu przypominał bajkę i tylko czekałam na szczęśliwe zakończenie. Zamiast happy endu dostałam złamane serce. Pierwszy raz poznałam na własnej skórze co to jest. Dotychczas nie wiedziałam czym jest cierpienie emocjonalne. Owszem bywaly przypadki, gdy ktoś mnie zranił, jednak złamanie serca jest zjawiskiem długotrwałym. Nie przechodzi z dnia na dzień. Jest to też w pewnym sensie upadek, z którego trzeba się podnieść. Najpierw trzeba zebrać siły, a potem próbować stanąć na nogi.

Moje podnoszenie się z takiego stanu nie było łatwe. Zupełnie nie wiedziałam jak sobie poradzić z tym uczuciem, a co dopiero jak się go pozbyć. Po prostu tkwiłam w tym stanie, jak atom we wszechświecie, nie wiedząc w która stronę się ruszyć. W tym przypadku możnaby powiedzieć, że czas uleczył rany. Po prostu przeczekałam najgorsze. Tkwiłam w maraźmie, dopóki sam nie minął.

Mimo wszystko, że można wyleczyć złamane serce, to trudno zrozumieć sytuację, osobę, która do tego doprowadziła. Zadajemy sobie pytania. Dlaczego? Dlaczego mnie to musiało spotkać? Czym sobie na to zasłużylem? Potem pojawia się nienawiść. Ogromne uczucie wrogości do osoby, sytuacji, miejsca, czasu. Czujemy nienawiść do siebie. Zaczynamy kłótnie wewnętrzna, która ma nam pomóc zrozumieć to wszystko, a tak naprawdę powoduje same komplikacje. Zaczynamy wszystko analizować, rozmyślamy nad każdym szczegółem, lecz to prowadzi nas do nikąd. Zamiast leczyć zranione serce, pogłębiamy zadane nam wcześniej rany. Najbardziej zbawienny jest moment pogodzenia się z tym zdarzeniem. Równie ważne jest wyciągnięcie wniosków. Ja zrozumiałam trochę mezczyzn i poznałam na czym polega relacja damsko-męska. Wyniosła z tego także to, że wiem jak inaczej zachowywać się podczas zakochania.

Dzięki przeżytemu wyrwaniu serca czy też złamaniu wiem więcej o sobie i o świecie. I to sprawia, że czuję, że poradzę sobie z następnym „atakiem”.

„Coś o sobie”

Kim jest autorka tego bloga?

<Wszystko obróciło się o 180 stopni z powodu jednej mojej decyzji. Nie, decyzja była dobra, to jej konsekwencje rozpętały największe piekło w moim życiu. Spowodowały też awarię w moim umyśle. Niestety trwałą awarię, której skutki będę odczuwała przez całe moje życie. Nic na to nie poradzę, muszę zacisnąć zęby, wytrzeć łzy, zrobić makijaż, żeby nie było widać czerwonych oczu, nałożyć uśmiech na twarz i mówić codziennie że mam się dobrze, dziękuję, że pytacie. Po tylu latach mam już w tym wprawę. Jestem kłamca. Okłamuję wszystkich dookoła, często nawet samą siebie. Mówię sobie, że wszystko się ułoży. To nieprawda. Muszę włożyć wiele wysiłku w to, żebym normalnie funkcjonowała. Jeżeli normalne funkcjonowanie przyrównam do planety, na której żyjemy – Ziemi, to szczęście jest bardzo odległą galaktyką. Różnica pomiędzy tymi rzeczami to miliony lat świetlnych. Wiem, przesadzam, ale oto ja=osoba, która „strasznie” dramatyzuje. Przyznaję się jestem też wielką panikarą. Mogę się też pochwalić, że jest ze mnie pesymistka jakich mało. Zapomniałam o określeniach takich jak wredna, chamska, wulgarna. Natomiast złośliwość to moje drugie imię. Spokojnie mam też zalety. Jako przykład podam wrażliwość. Nie, przepraszam, nadmierna wrażliwość uczuciowa, to raczej wada niż zaleta. Hm… w takim razie pozytywna cecha.. jestem miłą osobą. Chociaż trudno odróżnić kiedy jestem taka naprawdę, a kiedy udaję. Chyba jeszcze nikt nie opanował tej sztuki do perfekcji. Chciałabym powiedzieć, że cenię sobie szczerość, ale było by to kłamstwem, bo zbyt często sama mijam się z prawdą. Za to lubię pomagać ludziom. Niestety oni za często wykorzystują ten fakt, nawet wtedy gdy potrafią pomóc sobie sami. To się chyba nazywa lenistwo. O, a skoro o tym mowa, to gdybym była tak pracowita jak leniwa, to już dawno spałabym na pieniądzach. Nie brak mi też kreatywności, mam sto pomysłów na minutę, szkoda tylko, że zawsze nie wiem który zrealizować. Lubię też marzyć. Niestety czasami aż tak bardzo, że gdy przechadzam się po mieście i muszę przejść na drugą stronę ulicy, to samochody denerwują się, że musiały stanąć, a dopiero po chwili zaczynam przechodzić przez pasy. Można także to określić krócej – spóźniony zapłon. Moją zaletą mogłaby być chęć poznawania wiedzy. Jednak określenia kujon nie są mi obce. Niestety ludzie, którzy ich nadużywają zazwyczaj nie znają jego znaczenia. Co za ironia. A`propos moim nałogiem jest ironizowanie, a sarkazm to moje trzecie imię. Moim pozytywem jest łatwość nawiązywania nowych znajomości. Nie wiem tylko czemu tak się dzieję, że wszystkie one pryskają jak bańki mydlane. Można mnie też nazwać wygadaną osobą. Zbytnia gadatliwość jednakże bardzo męczy. Moją pasją jest miłość do nauk ścisłych. Czuję chemię do chemii. Źle ulokowałam swoje uczucia, to dla mnie za trudny związek. Z prawdziwą miłością jednak trudno jest walczyć.>